Po fakcie.
Pozamykali nas w tych chorych klatkach i teraz próbują wychowywać. Na swoich
zasadach, na własnej karmie. Tylko, że nie jesteśmy tacy głupi, jak oni zwykli
o nas myśleć. Już się pogrupowaliśmy. Z pożądaniem dotykamy się nawzajem przez
grube pręty krat. Chciwie wyciągamy ręce. Coś tam krzyczymy, szeptem, każdy pod
nosem śpiewa własną rotę.
Kto nas
nauczył walczyć? Co dzień słuchamy, że wojna to pokój, wolność to niewola, a ignorancja to siła; co noc toczymy ze sobą kolejny bój.
Hierarchia
ustalona z góry. Każdy jest tu bogiem własnego świata. Najlepszy przyjaciel,
kim on właściwie jest? Taki sam, jak ja, skrajnie różny i kąpiący się w tej samej
nienawiści. Śmiertelny wróg, mógłby w każdej chwili pozbawić mnie życia,
właśnie dlatego należy mu się tytuł najlepszego przyjaciela.
I nie bywa,
ale jest.
Ale nie
jestem tutaj sobą. Jestem wszystkimi, a wszyscy są mną. Nie wykraczamy nigdy
poza zamglony spacerniak, i tu boimy się zapuszczać. Wszystko jest takie
dalekie od rzeczywistości, nigdy nie sięgamy gwiazd.
Nie warto
nikomu ufać. Ktoś nam wstrzyknął do żył prawdę. Jeszcze widać siniaki, jeszcze
pobolewa. Sadzają nas w niewygodnych ławkach, hipnotyzują. Po godzinie
tygodniowo. Wystarcza. Z obłędem w oczach stawiają nasze klatki we właściwych miejscach.
Wszystko jest
takie – właśnie – właściwe. Granice wyznaczone tym, co wypada, a czego nie
wolno pod żadnym pozorem. Nie robimy sobie z tego nic. Jeśli
nie wiesz, do czego piję, to piję do lustra. Lustra, zaraz za czasem i
książkami, to największe kłamstwa, na które nabrał nas świat. Wierzymy jak
jeden mąż w to, czego nie ma.
Wciąż jestem
zbyt głupia, by być szatanem, i zbyt gadatliwa, by być bogiem. Bóg w ogóle jest
schizofrenikiem. Jest albo go nie ma, dla każdego inaczej, niby mówi, ale nie
odzywa się w ogóle, ma trzy osobowości i jeszcze do tego sam siebie ukrzyżował?
Każdy ma
swoją bajkę, choć wszyscy jesteśmy bezkształtną masą. Wylewamy się, jeśli włożą
nas w niedopracowaną formę.
Tworzę prawdę
na własne potrzeby, ale obawiam się, że kiedyś minie jej termin przydatności.
Myślenie kreatywne to proces. Stłuczenie żarówki i rozpoczęcie wszystkiego od
nowa, po ciemku, rozpoznawanie kształtów i asemantyczność, a nie
interpretowanie. I nigdy nie wolno tłuc tej samej żarówki i wchodzić do tego
samego ciemnego pokoju.
Nie wiem, czy
jestem. Mogę to poczuć. Mogę odważyć się na coś, czym zaryzykuję życie. Ale czy
ja żyję? Znów niepotrzebna dygresja. Będę żyć, dopóki będę w to wierzyć.
Zostawiam za
sobą szklane korytarze w nadziei, że ktoś rozbije sobie głowę. Spływająca po
rękach krew świeżego ciała żłobi labirynt – dłonie – nadgarstki – łokcie.
Podłoga. Pyp. Pyp. Pyp. Doprowadza mnie do niemego szału, obijam się o ściany,
miota mną, a mimo wszystko stoję spokojnie i patrzę na swoje dzieło. Gratuluję, zabiłaś człowieka. Nie zabiłaś. Widzisz, jest
martwy, ale nie zabiłaś go, to on pozwolił sobie umrzeć. A może wcale nie zdaje sobie sprawy ze swojej
martwości. Idzie wykonywać swoje obowiązki, nie zauważając nawet, że już nie
jest właścicielem swojego ciała, że jest tylko myślą, przekonaniem, że jest. Psst! Nie kołysz się tak. Przód, tył,
przód, tył. Jak porzucone dziecko.
Pamiętasz?
Nie, ty nic nie pamiętasz, bo nie ma nic do zapamiętania. Żywe jest tylko to, o
czym się mówi. Setki oczu sypią się na mnie. Podirytowana widownia obrzuca mnie
śmierdzącymi białkami, wydłubują sobie gałki oczne, jakby nic zupełnie nie
robiąc sobie z bólu. Chcą mnie tylko zawstydzić, uczynić winną tego całego
spektaklu, ale ja wiem, że oni sobie to wszystko wyśnili i jest dokładnie tak,
jak nigdy nie było, bo każdy żyje w odrębnym światku. A na zewnątrz nie ma
nikogo.
Kto mnie
zapewni, że gdy rozmawiam z kimś, ta osoba rozmawia również ze mną? Życie
dzieje się w mojej głowie, nie dzieje się, dzieje się, rysuję je w obecnej chwili.
Ktoś zaciska
pętlę na mojej szyi. Och. To ja. My. One. Jak się cieszę, że jesteście.
Czekałam na was.