czwartek, 8 października 2015

w H.

Nigdy nie byłam za to odpowiedzialna, ale poniekąd i ja ponosiłam tego skutki.
Za pierwszym razem zawalił mi się świat i myślałam, że już naprawdę nie może istnieć większy strach, niż jutrzejsze wejście na oddział. Nerwowo przeszukiwałam listę pacjentów, pamiętam to jak wczoraj.
Przecież otwierałam im okna i chodziłam po zakupy, oglądaliśmy razem filmy i rozmawialiśmy o Legnicy. Parzyłam litry herbat i kaw, przynosiłam nowe gazety. Wszystkie prozaiczne czynności, ale tak bardzo przywiązujące.
Pierwsza śmierć zawsze ciężko przechodzi przez ręce.
I nawet, kiedy łóżko zajmie nowy pacjent, pozostanie dla Ciebie puste.
I jeszcze parę kolejnych musi minąć, zanim stwardnieje Ci serce, zanim zrozumiesz, że "taka praca", że każdego można określić dwoma terminami - pierwszym z gwiazdką, którego rocznicę świętuje się tortem ze świeczkami; ale z biegiem lat gwiazdka się wypala i pozostają tylko jej cztery ramiona, krzyżyk przy drugiej dacie.
Każde kolejne puste łóżko będzie już coraz cichsze, aż wreszcie przyzwyczaisz się, że jedyne, co robisz, to tylko oszukiwanie boga, że jeszcze chwilę można zatrzymać czas.

środa, 8 lipca 2015

Komunikacja w komunikacji (miejskiej) vol. 2

Hamowanie. Pasażerowie wrocławskiego tramwaju niecierpliwią się. Awaria na skrzyżowaniu Grabiszyńskiej-Hallera. Ktoś klnie. Ktoś głośno wzdycha. W tym upalnym powietrzu nikomu nie chce się awanturować, bo i nie ma o co. Stoimy dobre kilka minut. Znudzona oczekiwaniem, wodzę wzrokiem po wnętrzu piątki.

Nalepki. Sporo ich, umieszczonych w różnych miejscach. Zakazy. Więcej zakazów. Trochę nakazów. Komiczne. Już nie o samą estetykę tu idzie, ale o konsekwencję.

Napisy na naklejkach są umieszczone tylko w języku polskim. Obyś nie był obcokrajowcem nieznającym naszego rodzimego języka. W przeciwnym razie - domyślaj się, pytaj, albo zacznij się uczyć polskiego.

A jednak chyba ktoś wpadł na pomysł, że obcojęzyczni turyści mogą zawitać do Wrocławia (a przecież szykuje nam się Europejska Stolica Kultury 2016, czyż nie?), tylko tego pomysłu zbyt dobrze nie poprowadził. Pojawia się zalążek w postaci kilku znaków: miejsce dla niepełnosprawnych, miejsce dla kobiety w ciąży, kasowanie biletu.

Co gorsze, niekonsekwencja pojawia się nawet w operowaniu językiem polskim. Ton komunikacji jest zmieniany: imperatywne ustąp miejsca starszym, neutralne, acz narzucające nie wychylać się, aż wreszcie, ni stąd, ni zowąd, uprzejme w czasie jazdy proszę trzymać się uchwytów.





Właściwie trudno jest określić, jak chce komunikować wrocławskie MPK. Ujednolicenie przekazu z pewnością wyszłoby na dobre zarówno dla ich wizerunku, jak i dla przyjezdnych, którzy korzystają z ich usług.

Można inaczej:


Please do it at home to kampania tworzona dla japońskiego metra. Plakaty pokazują, jakie zachowania są niewłaściwe w komunikacji miejskiej. Zobrazowane często z humorem, są głosem w sprawie, której często jesteśmy świadkami. Nie jest to jednak krzyk - to tylko informacja i lekki pstryczek w nos dla tych, którzy prezentują takie postawy. Nie jest to złe ogólnie, ale w kontekście miejsca, w którym przebywasz - tak.

Japończycy pomyśleli o ludziach obcojęzycznych i chwała im za to. Co więcej - nawet, jeśli nie znamy zastosowanych języków, bądź jesteśmy analfabetami, jesteśmy w stanie zinterpretować obrazek. 


Komunikowanie "do wszystkich" to zadanie trudne. W efekcie okazuje się, że przekaz jest ignorowany. To zapewne wina i niespójności, i nachalności. Przestaje być wiarygodnym, a wiarygodność jest podstawą w budowania relacji z marką.

Ale zawsze można szukać sposobu. A potem zrobić go lepiej.

źródło: http://gakuran.com/36-iconic-tokyo-metro-subway-manner-posters-2008-2010/

poniedziałek, 29 czerwca 2015

do M.

Kiedyś powiedziałeś, że nie zawsze będzie tak samo. Że będą trudne dni, a ja w to głupia nie wierzyłam. Kiwałam potakująco głową, bo rozsądek mówił, że to przecież normalne, w każdym związku tak samo. Ale właściwie to nie wierzyłam, że może być inaczej, niż jest.

A teraz nastały. Chyba każdy związek na odległość ma takie kryzysy, że przestaje się wierzyć w realność drugiej osoby. Że po tamtej stronie jest telefon, komunikator, jakieś ogólne wyobrażenie bytu, który nie istnieje. 

A przecież istniejemy. Wciąż - my. Tylko tak trudno konstruować rzeczywistość, gdy najważniejszy jej element zdaje się być fikcyjnym. 144 km okazuje się być niczym przy fakcie, jak długa jest droga serca do rozumu.

Leżysz. Tak spokojnie leżysz na brzuchu, krążysz sobie gdzieś po świecie, do którego nie mam wstępu. To dobrze. Mieć coś jeszcze poza sobą, ale być dla siebie wszystkim. Uczciwy układ.

Siedzę sobie parę metrów od Ciebie i wiem, że mam wszystko, i nie muszę nigdzie biec, po nic się spieszyć. Nie muszę nawet glonojadzić się przy Tobie, przecież nie uciekniesz. Przecież Ci ufam.

Twój widok sprawia, że robi mi się ciepło na sercu. Obserwuję jak oddychasz. Ffff. Wypuszczasz powietrze. Staram się dostosować do Ciebie, oddychamy razem. Twoje wdechy są prawie niewidoczne, wiesz? Zrobiłam Ci herbatę z cytryną. Stoi tutaj. I stygnie, bo przecież lubisz chłodną. Chcę, żebyś wiedział, że kocham Cię najbardziej na świecie.

I pewnie kiedyś Ci to pokażę. Lubię takie wspomnienia. Lubię wiedzieć, że coś było. I że trwa.
Bo będzie.

I może zbyt często się irytuję. Teraz jeszcze wychodzę z siebie, ale kiedyś wyjdę za Ciebie. I nigdy nie uwierzę w to, że kiedyś nie wierzyłam.

środa, 24 czerwca 2015

główne prawdy facebooka.

Ostatnimi czasy pojawiła się na facebooku moda na dyskusje o kanonach piękna. Po namyśle stwierdzam, że dyskusje to zbyt poważne określenie tego zjawiska. Pojawiły się dwie strony: Prawdziwe kobiety mają krągłości oraz Prawdziwe kobiety nie mają krągłości. Z zatrwożeniem przeglądam wpisy zarówno jednych, jak i drugich.

Sama do chudych nie należę, ale nie stąd moja dezaprobata. Lubię swoje ciało; ba, gdybym go nie lubiła, już dawno zrobiłabym coś, by wyglądać inaczej. Mnie osobiście nie motywują lansowane „kanony piękna”, zwłaszcza, że każdy wierzy tylko w swoją prawdę.

Oczywiście hejtowanie nie jest zjawiskiem nowym i od dawna każdy temat dzieli ludzi na dwa, ale to, co pojawia się na tych stronach, jest zupełnie niesmaczne:



A ja nie robię nic. Nie kłócę się, nie wygłaszam swoich opinii i nie wrzucam zdjęć kobiet, które uważam za ładne. Tylko śmieję się pod nosem, jaki absurd komunikacyjny im wyszedł. Prawdziwe kobiety…? A istnieją nieprawdziwe?

Może gdyby tylko zmienić nazwę na wielbiciele szczupłych/wielbiciele plus size (czy jakkolwiek, ale bez obrażania), przekaz tej strony stałby się bardziej klarowny.

Naprawdę przeraża mnie to, że ludzie nie widzą irracjonalności tego zjawiska. A przecież wszyscy wiemy, że prawdziwe kluski śląskie są tylko z jajkami.


/ vide: www.fleischer.pl/pl/design/kurioza/tekstowe.html

wtorek, 23 czerwca 2015

niepotrzebne skreślić.

Błądzę po swoich wszechświatach, zsuwa mi się z nadgarstka zegarek, nie czuję tego. Brudzę ręce po łokcie, obdrapuję, obłażą mnie robaki. Przerzucam z miejsca na miejsce graty. Śmieci, wszystko śmieci. A że ja? I ty? Oczywiście, my też już odstawiliśmy siebie na półkę. Jesteśmy piosenkami na playliście, które się zawsze omija, ale nigdy nie starcza odwagi, by usunąć je na dobre. Jesteśmy planem na jakieś tam jutro, bo może jeszcze kiedyś będziemy przydatni.

Nie potrafię wyjść cicho. Trzaskam tylnymi drzwiami i uwierz, chciałabym za tymi drzwiami znaleźć przepaść, ale jednak za nimi stoją tylko wilki. Moje prywatne wilki. Nie zdejmuję już płaszcza. Waham się nad ostatnim guzikiem. Dusi mnie, ale luźno pozostawiony czyni mnie nagą.

Chciałabym wyszeptać ojczenaszktóryjesteśwniebie, ale czemu mam drzeć się do kogoś, kto zamknął się w tym swoim zadufanym (nie?)istnieniu? Nie wiem, czy wierzę w ciebie, ale jestem pewna, że nie wierzę tobie.
Zrastam się ze ścianami. Zamykam oczy i boję się, że z tym zamknięciem przestanę istnieć, ale przecież świat pozostanie. Ktoś postawił na mnie kreskę w rubryce "diagnoza". Ja tylko dorobiłam bohomazy dookoła.

Nie wierzę w perforowany świat. Może to pobożne życzenia, ale nie sądzę, by istniały granice pozwalające klasyfikować nam jednych do kategorii dobrych, a innych do złych. Bo przecież, względem czego? Poza systemami dobro, zło, i wszystkie elementy wartościujące, nie istnieją. Byłoby dobrze, gdybym to ja miała rację, ale nic nie uprawnia mnie do negowania zdania mojego rozmówcy. Nie jest wiadome, jak zbudowana jest jego wiedza o świecie, jakie ma doświadczenia. Wiemy tylko to, co wiemy – choć brzmi to banalnie – i tylko to jest naszą prawdą. Nie istnieje nic obiektywnego.

I nigdy nie rezygnuj ze swoich marzeń. Co prawda, alfabet kończy się na Z, ale kto nam zabroni numerować swoje pomysły? Geniusz matematyki tkwi w jej nieskończoności.


Już rozumiem. Trzeba całego życia, żeby nauczyć się żyć.

czwartek, 4 czerwca 2015

Idę przez Plac Słowiański. Dostrzegam naprzeciwko matkę z dzieckiem i udaje mi się usłyszeć kawałek rozmowy:
- Mamo… dlaczego ta pani – i tu wskazuje palcem na mnie – ma czerwone włosy?
Momentalnie dzieciak zaczyna płakać z przerażenia. Kobieta jest wyraźnie zmieszana i próbuje uspokoić synka. A mnie w głowie zrodziła się myśl, która do teraz nie daje mi spokoju.


Przypomnij sobie - kim chciałeś zostać, gdy byłeś jeszcze dzieckiem? Nie. Zapomnij na tę chwilę o ograniczeniu swojej odpowiedzi do nazwy zawodu, zawsze pozostaje możliwość przekwalifikowania się.


Tak wiele do tej pory przeżyłeś, odbyłeś wiele spokojnych rozmów i równie sporo kłótni. Wciąż walczyłeś, raz o coś, raz przeciwko czemuś. Tyle razy zmieniłeś zdanie, pomyliłeś się, ale i świętowałeś sukcesy. Tyle razy coś straciłeś, coś zyskałeś, dążyłeś do czegoś i poddawałeś się. Najważniejsze, że kiedyś postanowiłeś sobie osiągnąć cel, który nazwałeś po imieniu, i teraz każde Twoje działanie nosi to samo imię, w każdym jest pragnienie realizacji.


Starożytni mawiali, że wszystko płynie, ale nikt nie zwracał uwagi na kierunek ani zwrot tego płynięcia. Stąd może warto spytać, czy masz swój stały kierunek? A nawet jeśli – to czy przypadkiem nie obrałeś przeciwnego zwrotu?

I jeszcze jedno, małe pytanie: czy dziecko, którym byłeś, polubiłoby dorosłego, którym się stałeś?

niepokolenie

Jesteśmy. Wszyscy. Razem. Jako zbiorowość fikcyjna. Każdy układa swoje życie jak chce. Nieważne, że nierealne. Byle zazdrościli. Zdjęcia lepiej wyglądają na insta. Ewentualnie z nałożonym filtrem jakiegoś darmowego programu. Nasi facebookowi znajomi imprezują, podróżują, świetnie się ubierają i zawsze są fotogeniczni. Dziwne tylko, że na oznaczonych zdjęciach urok pryska i wszyscy są nijacy.

Jesteśmy smutni. Lubimy śmiać się z absurdalnych rzeczy (vide usunięte już Adolf był zły, ale dobrze się odżywiał, czy też Sztuczne fiołki na facebooku). Chętnie tworzymy depresyjne teksty i wypisujemy je Helveticą na pseudoartystycznych zdjęciach. Wszyscy cierpią z miłości, ze złych życiowych decyzji, z (nie)utraconego dziewictwa i bycia niezrozumianym. Świat jest pełen seryjnych samobójców.

Jesteśmy piz*owatym pokoleniem. Nikt nie potrafi brać odpowiedzialności. To się rozmywa, bo indywidualni jesteśmy tylko na pokaz. W naszym o sobie mniemaniu. Nawet odmienność w stroju to mit, wszędzie ci sami chłopcy w rurkach i dziewczyny identycznie anorektyczne. Ideały kobiecości. Wszyscy do niej dążą. Wróć. Nie do kobiecości. Do dziewczęcości.

Naprawdę jesteśmy wszyscy tacy sami. Robimy to samo, wyglądamy tak samo. Uczucia mamy zbiorowe i takie też myśli. Nikt się nie buntuje. Wszyscy skrupulatnie uzupełniają swoje kartoteki na granatowej efce. Orwell przewraca się w grobie.

Nie ma czegoś „po środku”. Pełno skrajnej prawicy. Młodzi zafascynowani Korwinem. Stop islamizacji Europy Wrocławia niepotrzebne skreślić. Siła masa biała rasa. White power.

I ci drudzy. Lewicowcy. Postępowcy. Niemający na kogo głosować, bo nie ma prawdziwej lewicy. Aborcjonistki. Teraz szczęśliwe, łykają tabletki „po” garściami. 
I pewnie jeszcze obściskują się z partnerami (tej samej płci, a jakże) w wegańskich knajpach. Przynajmniej tak o nas mówią.

Wciąż wierzymy w perforowany świat. Dzielony na dwa. Dobrych i złych. Złych można oderwać. Zlikwidować. Zgnieść. I szukamy sposobu walki. Bić się jest łatwiej, niż myśleć.

Jesteśmy. Już chyba nie wiemy, kim. Ważne, by być wśród hejtujących. Wciąż to samo. Coraz więcej jadu.
I to w prostacki sposób.  Po co dyskutować, skoro można się poobrzucać wyzwiskami. Wszystko się zaciera. Tożsamość. Takosamość. 

wtorek, 12 maja 2015

wojna to pokój (101)

Po fakcie. Pozamykali nas w tych chorych klatkach i teraz próbują wychowywać. Na swoich zasadach, na własnej karmie. Tylko, że nie jesteśmy tacy głupi, jak oni zwykli o nas myśleć. Już się pogrupowaliśmy. Z pożądaniem dotykamy się nawzajem przez grube pręty krat. Chciwie wyciągamy ręce. Coś tam krzyczymy, szeptem, każdy pod nosem śpiewa własną rotę.

Kto nas nauczył walczyć? Co dzień słuchamy, że wojna to pokój, wolność to niewola, a ignorancja to siła; co noc toczymy ze sobą kolejny bój.

Hierarchia ustalona z góry. Każdy jest tu bogiem własnego świata. Najlepszy przyjaciel, kim on właściwie jest? Taki sam, jak ja, skrajnie różny i kąpiący się w tej samej nienawiści. Śmiertelny wróg, mógłby w każdej chwili pozbawić mnie życia, właśnie dlatego należy mu się tytuł najlepszego przyjaciela.
I nie bywa, ale jest.

Ale nie jestem tutaj sobą. Jestem wszystkimi, a wszyscy są mną. Nie wykraczamy nigdy poza zamglony spacerniak, i tu boimy się zapuszczać. Wszystko jest takie dalekie od rzeczywistości, nigdy nie sięgamy gwiazd.
Nie warto nikomu ufać. Ktoś nam wstrzyknął do żył prawdę. Jeszcze widać siniaki, jeszcze pobolewa. Sadzają nas w niewygodnych ławkach, hipnotyzują. Po godzinie tygodniowo. Wystarcza. Z obłędem w oczach stawiają nasze klatki we właściwych miejscach.

Wszystko jest takie – właśnie – właściwe. Granice wyznaczone tym, co wypada, a czego nie wolno pod żadnym pozorem. Nie robimy sobie z tego nic. Jeśli nie wiesz, do czego piję, to piję do lustra. Lustra, zaraz za czasem i książkami, to największe kłamstwa, na które nabrał nas świat. Wierzymy jak jeden mąż w to, czego nie ma.

Wciąż jestem zbyt głupia, by być szatanem, i zbyt gadatliwa, by być bogiem. Bóg w ogóle jest schizofrenikiem. Jest albo go nie ma, dla każdego inaczej, niby mówi, ale nie odzywa się w ogóle, ma trzy osobowości i jeszcze do tego sam siebie ukrzyżował?
Każdy ma swoją bajkę, choć wszyscy jesteśmy bezkształtną masą. Wylewamy się, jeśli włożą nas w niedopracowaną formę.
Tworzę prawdę na własne potrzeby, ale obawiam się, że kiedyś minie jej termin przydatności.
Myślenie kreatywne to proces. Stłuczenie żarówki i rozpoczęcie wszystkiego od nowa, po ciemku, rozpoznawanie kształtów i asemantyczność, a nie interpretowanie. I nigdy nie wolno tłuc tej samej żarówki i wchodzić do tego samego ciemnego pokoju.

Nie wiem, czy jestem. Mogę to poczuć. Mogę odważyć się na coś, czym zaryzykuję życie. Ale czy ja żyję? Znów niepotrzebna dygresja. Będę żyć, dopóki będę w to wierzyć.

Zostawiam za sobą szklane korytarze w nadziei, że ktoś rozbije sobie głowę. Spływająca po rękach krew świeżego ciała żłobi labirynt – dłonie – nadgarstki – łokcie. Podłoga. Pyp. Pyp. Pyp. Doprowadza mnie do niemego szału, obijam się o ściany, miota mną, a mimo wszystko stoję spokojnie i patrzę na swoje dzieło. Gratuluję, zabiłaś człowieka. Nie zabiłaś. Widzisz, jest martwy, ale nie zabiłaś go, to on pozwolił sobie umrzeć. A może wcale nie zdaje sobie sprawy ze swojej martwości. Idzie wykonywać swoje obowiązki, nie zauważając nawet, że już nie jest właścicielem swojego ciała, że jest tylko myślą, przekonaniem, że jest. Psst! Nie kołysz się tak. Przód, tył, przód, tył. Jak porzucone dziecko.

Pamiętasz? Nie, ty nic nie pamiętasz, bo nie ma nic do zapamiętania. Żywe jest tylko to, o czym się mówi. Setki oczu sypią się na mnie. Podirytowana widownia obrzuca mnie śmierdzącymi białkami, wydłubują sobie gałki oczne, jakby nic zupełnie nie robiąc sobie z bólu. Chcą mnie tylko zawstydzić, uczynić winną tego całego spektaklu, ale ja wiem, że oni sobie to wszystko wyśnili i jest dokładnie tak, jak nigdy nie było, bo każdy żyje w odrębnym światku. A na zewnątrz nie ma nikogo.
Kto mnie zapewni, że gdy rozmawiam z kimś, ta osoba rozmawia również ze mną? Życie dzieje się w mojej głowie, nie dzieje się, dzieje się, rysuję je w obecnej chwili.

Ktoś zaciska pętlę na mojej szyi. Och. To ja. My. One. Jak się cieszę, że jesteście. Czekałam na was. 

sobota, 9 maja 2015

OHO.

Narodziłam się. Pewnie nie pierwszy raz. Ale znów ten sam schemat – przychodzi dziecko, ktoś się cieszy, ktoś załamuje ręce, reorganizuje życie. Bo teraz ja. W nim.

Trwam. Trwam nieprzerwanie od lat dwudziestujeden. To trwanie jest najtrudniejsze. By przetrwać. Wytrwać. Nie trwo(żyć) się. Wyzbyć się cierpienia. Najważniejszy aspekt w buddyzmie. Być świadomym istnienia cierpienia, ale nie przestawać dążyć do jego ustania. Przez Ścieżkę. Przez dobre wybory.

Tonę w tym trwaniu. W tym samym umieram i rodzę się, znów umieram, i znów się odradzam. Wokół mnie wszystko to samo. Poza mną – niebyt.
Kiedyś się bałam tego niebytu. Dopiero długie praktykowanie medytacji dało mi go doświadczyć. Lęk to zwyczajna niewiedza. Tego, co czeka. 

Jestem. Zwyczajnie wstaję z łóżka. Parzę kawę i palce. Coś piszę, czytam, rozmyślam. OHO. Nigdy nie będę choć trochę białoszewskawa. Nie zauważam, kiedy wzrastam. Dopiero porównanie ja-kiedyś, ja-teraz daje mi odczuć. Bo odczuć mam za wiele. Depersonalizacja, derealizacja. Wszystkie skutki uboczne. Ale nadal kroję swój benzodiazepinowy tort. Świętuję, że jeszcze nie umarłam.

Czeka mnie nieskończoność takosamości. W którą stronę nie pójdę. Wszystko jedno. Zlewam się. I zalewam. Łzami. Rzadziej w trupa. Ale człowiek może dostać histerii, że nic się właściwie nie kończy. Czasem zazdroszczę niewierzącym. Że był i już go nie ma. Albo katolikom. Że do nieba, albo piekła. A ja się błąkam. Po życiach. 

I ślę pozdrowienia. Z mojej podróży do niebytu.

przechodzi.

Sobota rano. Niemrawe słońce nad Muchoborem. Siedzę przodem do niego. Zachwycam się, jak niesamowicie oświetla ulicę, tworząc wrażenie, że miejsce przede mną to nie ruchliwa droga na wrocławskiej dzielnicy, ale tafla wody. I kontempluję. Niemal zamykam się w swoim podziwianiu. Odchylam głowę. I nagle – coś piękniejszego. Bezkres pnących się w górę roślin. Napawam się tym widokiem. Już pamiętam, że czasem warto zmienić perspektywę.

Życiem trzeba się bawić. Poczuć wszystkimi zmysłami. Zmieniaj perspektywy. Oducz się przyzwyczajeń. Próbuj nowego. Przeżyj. Nie – żyj. Chodzi o prze. Przechodzi. Życie. Jeśli będziesz jedynie żyć.

Każdy kiedyś doświadczył momentu, w którym choć przez chwilę zapragnął nie istnieć. To zrozumiałe. Dopóki jednak wolisz być szczęśliwy, niż nie być w ogóle, to pragnienie nie ma nad tobą przewagi.
Kiedy człowiek przestaje wierzyć w czas, wtedy jest z nim naprawdę źle. Można płakać, krzyczeć albo zupełnie zamknąć się w sobie. Ale gdy przestajesz wierzyć w swoje istnienie, kwestionujesz upływ dni, wtedy dopiero sięgasz własnych granic.

Potem dyskusje o sensie cierpienia, śmierci i życia. Nic niewnoszące. Można sobie wszystko wygadać, ale nie zmienić. Można zmodyfikować swoje podejście do zagadnień i to akurat jak najbardziej wskazane. Wciąż poddawać analizie i ocenie własny światopogląd. By nie okazało się kiedyś, że nie nadążyliśmy za sobą samym, a potem ja i ja – dwie różne osoby. Dysonans, że robię co innego, a w co innego wierzę. Konstruujemy świat cały czas i nieustannie ten konstrukt aktualizujemy. Nie idzie tu o zmiany poglądów na każdym kroku. Ale o sensowne podchodzenie do rozmów, przypadkowych ponoć spotkań i masy innych komunikatów, które w jakimś stopniu wymuszają na nas modyfikację naszej wizji wszystkiego.


Bo może właśnie o to w życiu chodzi. Dostajemy rolę, którą mniej lub bardziej tworzymy sobie sami. I w niej jesteśmy – bo nie cofniemy decyzji. Ale los daje nam niesamowitą możliwość, by na okoliczność rozmów z ludźmi i poznawania ich światów stanąć na moment na ich pozycji. Taka multiosobowość  pozwala rozumować inaczej. Choć nadal patrzymy tylko przez swoje okulary, stoimy już na innym miejscu. Stąd widać więcej.

piątek, 8 maja 2015

tyle w plecy, plecy w tyle

Produkują się. Dukają wierszyki. Tańczą. Jakaś dziewczynka gra na gitarze. Chwytają się za ręce, tworzą półkole i śpiewają cieniutkimi głosami. Rodzice na widowni trzymają w górze telefony, aparaty. Ostrość jest? Trzeba zbliżyć na Hanię… Ups, nie nagrywa się. Tyle w plecy.

Tyle w plecy.

Patrzymy na życie z punktu obserwatora. Rzadko stajemy się uczestnikami. Gdyby tak na chwilę wychylić się zza wizjera, zobaczyć więcej. Może okazałoby się, że nasze życie jest równie ciekawe, jak tych innych, których oskarżamy o bycie szczęściarzami wobec losu.
Warto czasem spojrzeć przez pryzmat (kogo? czego? wstaw dowolne). W końcu zmiana perspektyw niesie zmianę postaw. Patrzenie przez pryzmat ma to do siebie, że najpierw jest tylko monochromatyczne światło, ale potem widzisz całą tęczę.
Bywamy w jakiś miejscach. Bywamy, jesteśmy, ale nie trwamy. Nie przywykliśmy kontemplować chwili, bo przecież „kiedyś tu wrócę”. Rzucamy te nieszczęsne monety do fontann, ku pomyślności, ale też z nadzieją powrotu. I choćbyśmy znali przestrzeń do obrzydzenia, wciąż jej nie widzimy.
Łatwiej jest przeżyć życie, gdy w każdej minucie myśli się, co będzie za kolejną. Jutro przecież nie istnieje. Przyszłość nie istnieje. Żyjesz w tej właśnie chwili i tylko ona jest czymś, na co masz wpływ. Mówi się o tym od tak dawna, lecz wciąż ludzie wolą zabijać czas, jakby swoje życie odkładali na bliżej nieokreślone jutro.

Dzieci kłaniają się. Schodzą ze sceny. Zewsząd słychać oklaski dumnych rodziców. Pociechy przytulają się, wręczają laurki. Hania też.
- I jak, mamusiu, podobało ci się?
Uśmiech. Taki głupawy. I wstyd. Bo przecież cały występ zleciał na gapieniu się w ekran aparatu.

Tyle w plecy…

czwartek, 7 maja 2015

komunikacja w komunikacji (miejskiej)

Sadowią się na przeciwległych miejscach w autobusie. Kładą reklamówki na podłodze i wodzą oczami to na boki, to po suficie, to zaś oglądają, niby przypadkiem, swoje dłonie. Wreszcie odzywa się jedna:
- A wiedzą panie, ja z zakupów wracam. Dziś gołąbki na obiad. Bo mąż lubi gołąbki, to trzeba robić.
- A tam… - odpowiada ta z naprzeciwka. – Ja mojemu dziś tylko parówki.
- Pewnie, pewnie. Z gołąbkami za dużo roboty – wtóruje jej sąsiadka.
- Absolutnie! Odkąd obejrzałam program w telewizji, już od dziewięciu lat parówek nie jem. Prawdziwa parówka powinna kosztować od 20 do 40 złotych. Mówią, że same świństwa. Nawet profesor z kliniki się wypowiadał...
I tu zaczyna się wywód o składzie procentowym parówek, a ja wciąż zastanawiam się nad bezsensem jej komunikacji. Sugeruje, że wszystkie inne parówki to parówki nieprawdziwe, co jest kompletną głupotą. Opowiada znów o szkodliwości względem zdrowia i ciekawi mnie, że używa w rozmowie tylko faktów, które gdzieś usłyszała, tak więc operuje półprawdą, zasłyszaną od kogoś. Czyli powiela czyjś sposób myślenia i w konsekwencji nie jest swoim tworem, a zlepkiem czyiś opinii i cudzej wiedzy o świecie.
Jak więc możemy samostanowić o sobie, jeśli swoją rzeczywistość budujemy z kradzionych cegieł?