Nigdy nie byłam za to odpowiedzialna, ale poniekąd i ja ponosiłam tego skutki.
Za pierwszym razem zawalił mi się świat i myślałam, że już naprawdę nie może istnieć większy strach, niż jutrzejsze wejście na oddział. Nerwowo przeszukiwałam listę pacjentów, pamiętam to jak wczoraj.
Przecież otwierałam im okna i chodziłam po zakupy, oglądaliśmy razem filmy i rozmawialiśmy o Legnicy. Parzyłam litry herbat i kaw, przynosiłam nowe gazety. Wszystkie prozaiczne czynności, ale tak bardzo przywiązujące.
Pierwsza śmierć zawsze ciężko przechodzi przez ręce.
I nawet, kiedy łóżko zajmie nowy pacjent, pozostanie dla Ciebie puste.
I jeszcze parę kolejnych musi minąć, zanim stwardnieje Ci serce, zanim zrozumiesz, że "taka praca", że każdego można określić dwoma terminami - pierwszym z gwiazdką, którego rocznicę świętuje się tortem ze świeczkami; ale z biegiem lat gwiazdka się wypala i pozostają tylko jej cztery ramiona, krzyżyk przy drugiej dacie.
Każde kolejne puste łóżko będzie już coraz cichsze, aż wreszcie przyzwyczaisz się, że jedyne, co robisz, to tylko oszukiwanie boga, że jeszcze chwilę można zatrzymać czas.