Narodziłam się. Pewnie nie pierwszy raz. Ale znów ten sam schemat – przychodzi dziecko, ktoś się cieszy, ktoś załamuje ręce, reorganizuje życie. Bo teraz ja. W nim.
Trwam. Trwam nieprzerwanie od lat dwudziestujeden. To trwanie jest najtrudniejsze. By przetrwać. Wytrwać. Nie trwo(żyć) się. Wyzbyć się cierpienia. Najważniejszy aspekt w buddyzmie. Być świadomym istnienia cierpienia, ale nie przestawać dążyć do jego ustania. Przez Ścieżkę. Przez dobre wybory.
Tonę w tym trwaniu. W tym samym umieram i rodzę się, znów umieram, i znów się odradzam. Wokół mnie wszystko to samo. Poza mną – niebyt.
Kiedyś się bałam tego niebytu. Dopiero długie praktykowanie medytacji dało mi go doświadczyć. Lęk to zwyczajna niewiedza. Tego, co czeka.
Jestem. Zwyczajnie wstaję z łóżka. Parzę kawę i palce. Coś piszę, czytam, rozmyślam. OHO. Nigdy nie będę choć trochę białoszewskawa. Nie zauważam, kiedy wzrastam. Dopiero porównanie ja-kiedyś, ja-teraz daje mi odczuć. Bo odczuć mam za wiele. Depersonalizacja, derealizacja. Wszystkie skutki uboczne. Ale nadal kroję swój benzodiazepinowy tort. Świętuję, że jeszcze nie umarłam.
Czeka mnie nieskończoność takosamości. W którą stronę nie pójdę. Wszystko jedno. Zlewam się. I zalewam. Łzami. Rzadziej w trupa. Ale człowiek może dostać histerii, że nic się właściwie nie kończy. Czasem zazdroszczę niewierzącym. Że był i już go nie ma. Albo katolikom. Że do nieba, albo piekła. A ja się błąkam. Po życiach.
I ślę pozdrowienia. Z mojej podróży do niebytu.
czuć tu Mirona bardzo mocno. dobry to był pisarz - był, ba! jest.
OdpowiedzUsuńczasem fajnie jest podryfować wśród fal poruszonych burzą życia. czasem jest dobrze nie znać celu podróży. czasem świetnie jest być. tak po prostu.
"czasem świetnie jest być". podoba mi się to. takie dobitne. i prawdziwe.
Usuń