Produkują się. Dukają wierszyki.
Tańczą. Jakaś dziewczynka gra na gitarze. Chwytają się za ręce, tworzą półkole
i śpiewają cieniutkimi głosami. Rodzice na widowni trzymają w górze telefony,
aparaty. Ostrość jest? Trzeba zbliżyć na Hanię… Ups, nie nagrywa się. Tyle w
plecy.
Tyle w plecy.
Patrzymy na życie z punktu
obserwatora. Rzadko stajemy się uczestnikami. Gdyby tak na chwilę wychylić się
zza wizjera, zobaczyć więcej. Może okazałoby się, że nasze życie jest równie
ciekawe, jak tych innych, których oskarżamy o bycie szczęściarzami wobec losu.
Warto czasem spojrzeć przez
pryzmat (kogo? czego? wstaw dowolne). W końcu zmiana perspektyw niesie zmianę
postaw. Patrzenie przez pryzmat ma to do siebie, że najpierw jest tylko
monochromatyczne światło, ale potem widzisz całą tęczę.
Bywamy w jakiś miejscach. Bywamy,
jesteśmy, ale nie trwamy. Nie przywykliśmy kontemplować chwili, bo przecież „kiedyś
tu wrócę”. Rzucamy te nieszczęsne monety do fontann, ku pomyślności, ale też z
nadzieją powrotu. I choćbyśmy znali przestrzeń do obrzydzenia, wciąż jej nie
widzimy.
Łatwiej jest przeżyć życie, gdy w
każdej minucie myśli się, co będzie za kolejną. Jutro przecież nie istnieje.
Przyszłość nie istnieje. Żyjesz w tej właśnie chwili i tylko ona jest czymś, na
co masz wpływ. Mówi się o tym od tak dawna, lecz wciąż ludzie wolą zabijać
czas, jakby swoje życie odkładali na bliżej nieokreślone jutro.
Dzieci kłaniają się. Schodzą ze
sceny. Zewsząd słychać oklaski dumnych rodziców. Pociechy przytulają się,
wręczają laurki. Hania też.
- I jak, mamusiu, podobało ci
się?
Uśmiech. Taki głupawy. I wstyd.
Bo przecież cały występ zleciał na gapieniu się w ekran aparatu.
Tyle w plecy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz